fbpx

Ten wpis będzie o urlopie. Bedzie o tym czy w Portugalii wieje poza sezonem. Będzie o tym jaki robić zdjęcia z wakacji. Ale też o tym by ich nie robić. Będzie o jednym małym chłopcu w samolocie i drugim jeszcze mniejszym w drodze. Trochę też o mnie będzie, tylko trochę.

Urlop jak tlen potrzeby, teraz.

Tak było od lat. Prawie zawsze wyjeżdżaliśmy z Kasią poza sezonem. Z kilku powodów. Pierwszy to spokój, drugi finanse, trzeci to wybierane kierunki, a czwarty z wrodzonej przekory. Tym razem nie mogło być inaczej. A że jak powietrza potrzebowaliśmy odpoczynku to kierunek Portugalia wydał się znakomity pomysłem. I był. W realizacji pomógł nam sprawdzony też przez lata DIY fly4free.pl, według którego krok po kroku skleciliśmy lot Ryanairem za 1340 zł, hotel ze śniadaniami w TUI za 680 zł i samochód w Goldcars na rentalcars za 160 zł. Wszystko na 6 dni, w Portugalii, dwoje dorosłych i dziecko za trochę ponad 2000 zł. Łatwo sprawnie i przystępnie. Pierwszy raz z taką precyzją zaplanowaliśmy wszystko z góry, to było do nas trochę niepodobne. Ale pierwszy raz leciał z nami Leon, który wtedy miał 1,5 roku i Stefan który miał urodzić się za nieco ponad 3 miesiące. Także tego, rozumiecie.

Organizacja, czyli przetrwać podróż.

Portugalia jest daleko. Taka myśli objawiła się w naszych głowach gdy wszystko już przyklepaliśmy oczywiście. Gdy zobaczyliśmy długości trwania lotów. Wyszło, że w powietrzu spędzimy blisko 5h… w jedną stronę. Może dla wytrawnych globtroterów to nie nowina, ale wtedy byliśmy tym nieco zmieszani. Pamiętałem, że gdy w pra pra dziejach lecieliśmy do Stanów to zajęło nam to trochę ponad 8h, ale to był inny kontynent, ocean, góry, rzeki, no nie wiem co tam jeszcze, a tu? Z tego wszystkiego zacząłem sprawdzać czy Portugalia leży w Europie, taka panika. Okazało się, że leży.

Małe dziecko, dużo może.

Wtedy też z lekką ulgą odebraliśmy fakt, że mamy przesiadkę w Paryżu. 2x 2h30min brzmiało lepiej niż 5h. I rzeczywiście tak było. Uzbrojeni we wszystkie informacje dot. lotów z małym dzieckiem ruszyliśmy na upragniony urlop. A nowości informacyjnych było spoko. Przed lotem musieliśmy wyrobić Leonowi dowód osobisty, ze zdjęciem. Półtoraroczny pultas na zdjęciu z dowodem osobistym, no genialne(!). Jeśli chodzi o sam lot to na pokład samolotu mogliśmy zabrać dodatkową torbę, i to nie małą, z rzeczami dla dziecka. Mogliśmy zabrać soki, wodę, obiadki w słoiczkach no generalnie wszystko to co potrzebne dziecku do przetrwania, a co generalnie jest niedopuszczalne z racji przepisów bezpieczeństwa. Zabraliśmy też wózek tzw. parasolkę, którą zostawia się na płycie przed samolotem i po wylądowaniu odbiera po wyjściu -genialne! Mogliśmy tez zabrać fotelik do samochodu -ale wtedy nie byliśmy tego pewni, bo opisy w regulaminie nie były dla nas jednoznaczne. Ostatecznie fotelik wypożyczyliśmy razem z samochodem, co jak się dowiecie za chwilę, nie było zbyt szczęśliwym rozwiązaniem.

Leon z racji wieku leciał na moich kolanach. Miał specjalny dodatkowy pas, który przekazała nam obsługa samolotu. Trochę obawialiśmy się jak zniesie starty i lądowania, no i sam czas lotu, ale było naprawdę nieźle. Fakt, przygotowywaliśmy go do lotu, opowiadaliśmy o tym, pokazywaliśmy samoloty, no generalnie oswajaliśmy z myślą o locie. Sprawdziła się też metoda pt. “nowa zabawka”, którą dostał chwilę przed lotem. Był to… mały samolot, a jakże. A wiadomo, żadna dotychczasowa zabawka nie jest w stanie równać się z zabawką nową. Gdy tylko była taka możliwość Leon spacerował między fotelami z samolotem w ręce wzbudzając ogólną serdeczność u współpasażerów, która to ujawniała się częstowaniem go rożnego rodzaju smakołykami. Leon większości suwenirów nie znał i nie jadł (z racji wieku) ale chętnie przyjmował i przynosił nam. My problemów z tym nie mieliśmy.

Każda podróż kiedyś się kończy. I całe szczęście.

Podróż przebiegła bez większych problemów. Zmęczyła nas wszystkich bardzo, ale udało się. Na lotnisko w Faro dotarliśmy wieczorem, Leon był padnięty. Czekała nas jeszcze procedura związana z odbiorem samochodu, która trwałą przeszło 1h(!). Wtedy też poznaliśmy pewną uroczą rodzinę Edytę i Mirka, z dwójką małych dzieci Hanią i Maksymilianem. Podobnie jak my, przyjechali z fly4free i jechali do tego samego hotelu. W odróżnieniu od nas mieli działającą nawigację(!) więc na dwa auta wspólnie mogliśmy przemknąć po nocy do hotelu. Aha i tu mała dygresja. Loty, hotel i sam samochód były na naprawdę świetnych warunkach cenowych. Nie dziwiło nas to, w końcu braliśmy fly4free.pl. Ale wypożyczenie fotelika dla dziecka odbyło się już według standardowego cennika Goldcars. I tak, fotelik kosztował nas niemal tyle samo co sam samochód.

Gdzie się wszyscy podziali, czyli Algarve bez tłumów.

Nasz pobyt był w marcu i trwał 6 dni. Optymalnie. Obsługa hotelowa Alvor, Beach Resort Pestana Dom Joao II mile zaskoczyła nas sprawną obsługą i pomocą związaną z zakwaterowaniem małego dziecka. Mimo, że w hotelu wylądowaliśmy w środku nocy. Od razu dostaliśmy listę rzeczy dodatkowych, które mogliśmy dobrać dla dziecka. Łóżeczka, materace, ściereczki, wanienka do kąpieli, sterylizator do butelek, i wiele, wiele innych. Wszystko dostarczono nam może w pół godziny.

Dni zaczynaliśmy od długich śniadań w hotelu. Zazwyczaj już wtedy spotykaliśmy skumplowaną wcześniej na lotnisku “grande familię” czyli Edytę, Mirka, Hanię i Maksyma i tak wspólnie celebrowaliśmy nasze śniadania. Okazało się, że Edyta, jest znaną psycholożką i blogerką, a za dosłownie chwilę miała zostać wydana jej pierwsza książka. Takie to były przełomowe czasy. Podczas tych naszych przydługawych śniadań i rozmów rodziły się w głowach pomysły na dany dzień. Spacerowo, spokojnie, wręcz leniwie. Te wspólne spacero-wyprawy zaowocowały jeszcze jednym. Hania i Leon ogromnie przypadli sobie do gustu i momentami byli nierozłączni. Bratnie dusze? Pierwsza wakacyjna miłość? Tego się już nie dowiemy, ale było to niezwykle urocze.

Mimo że nasz hotel był pełen, samo Algarve było niemal puste. Ulice opustoszałe, plaże bez tłumów. Wspaniale. Pogoda nam dopisała, nie pamiętam czy był dzień z temperaturą poniżej 20 stopni, przypominam, w marcu. Mając auto mogliśmy codziennie być gdzie indziej, i byliśmy. Nie robiliśmy przesadnie dużo kilometrów ale krótkie wycieczki owszem. Auto na urlopie to niezwykle ułatwienie. Wybrzeże jest bardzo zróżnicowane, przepiękne to mało powiedziane. Miejscami bardzo wietrzne. W Portugalii jest tak, że w jednym miejscu może nie wiać w ogóle, a kilka kilometrów dalej łeb chce urwać. Ot, anomalie.

Portugalia od kuchni, ale brytyjskiej.

Jedna rzecz zaskoczyła nas niepozytywnie. Okazało się, że w rejonie Algarve łatwiej o restaurację z kuchnią brytyjską niż portugalską. Innymi słowy łatwiej o fish and chips z piwem niż grilowane sardynki z białym winem. Naprawdę musieliśmy się sporo nachodzić aby znaleźć restauracje z typowo portugalskimi daniami. Najlepsza jaką znaleźliśmy była w miejscowości Praia da Salema, przy głównym placu, prowadzona przez polsko-portugalską parę. Przyjęli nas bardzo serdecznie i zaserwowali naprawdę świetną portugalską kuchnię.

Zdjęcia z wakacji są ważne.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wrzucił paru groszy na temat zdjęć. Nie wiem, może kogoś zaskoczę śmiertelnie, ale na wakacje nie wiozę dodatkowej walizy pełnej sprzętu fotograficznego. Na serio. Nie targam statywów, lamp, obiektywów czy dziesiątek akumulatorów. Na dobicie powiem Wam, że idąc na spacer czy zwiedzając okolice nie jestem obwieszony aparatami z obiektywami w całym zakresie ogniskowej. Nie skaczę jak dziki zwierz do każdego ujęcia, nie dokumentuję każdego kamienia czy przelatującego ptaka. Nie przywożę do domu 5 tysięcy zdjęć. Wiem, być może przewracam Wasz świat teraz do góry nogami. Spokojnie.

Foto-life balance pilnie poszukiwany.

Bardzo lubimy podróżować, zmieniać miejsca, poznawać coś nowego, zawsze to lubiliśmy. Czas urlopu czy wakacji to dla nas przede wszystkim wypoczynek i czerpanie z tej inności miejsca, w którym aktualnie przebywamy. Sięgamy po wszystko co lokalne, nieznane, inne. Jesteśmy ciekawi, wręcz chciwi by chłonąć jak najwięcej. To nasz sposób na to by wspomnienia były żywe, prawdziwe i trwałe. To też nasz sposób na wypoczynek. Staramy się, żeby zdjęcia z wakacji dobrze uzupełniały te wspomnienia, a nie były jedynymi. Jestem pewien, że nerwowe i bezrefleksyjne obfotografowanie wszystkich detali czy widoczków z każdego kierunku jest pozbawione najmniejszego sensu. Co więcej stoi w konflikcie z samą istotą urlopu ale też z samą istotą fotografii. Mechaniczne “pstrykanie” czegokolwiek, byle dużo, jest po prostu smutne i nikomu niepotrzebe. Bo co nam z tych chwil zostanie? Nic w pamięci i wór przypadkowych, chaotycznych zdjęć, których ilość przytłacza tak bardzo, że rzadko później po nie sięgamy.

Pamiętajmy, że obrazy, które nas otaczają powinny być jedynie częścią naszych doświadczeń. Sam proces robienia zdjęć nie może być głównym czy jedynym naszym zajęciem na urlopie. Gdy docieramy do interesującego miejsca nie sięgajmy od razu po aparat. Poczekajmy, popatrzmy, rozejrzyjmy się, zastanówmy co jest tu wyjątkowego, co nas zachwyciło i dlaczego. Zastanówmy się co chcielibyśmy zapamiętać. Zastanówmy się co jest ważne. Wtedy dopiero sięgajmy po aparat, gdy już wiemy po co. Są przecież jeszcze zapachy, smaki, dźwięki. Jest interakcja z ludźmi, rozmowy. Zdjęcia są ważne, ale na urlopie nie są najważniejsze.

Fotograficzny know-how, czyli sposób na udane zdjęcia z wakacji.

Żeby zdjęcia z wakacji miały sens i były naprawdę udaną pamiątką przygotowuję się do tego już szykując się do wyjazdu. Brzmi to może dość poważnie ale spokojnie, to nic skomplikowanego. Mam tu na myśli skompletowanie sprzętu. W pracy, w konfiguracji sprzętu priorytetem jest jakość i zależy ona od zadania do wykonania. Jeśli sesja portretowa wymaga walizy ze światłem statywami, modyfikatorami itd. to ją zabieram. Jeśli podczas reportażu ślubnego potrzebuję pod ręką trzech podstawowych obiektywów, zapas, lampy i dwóch aparatów, to je zabieram. Ale wakacje to co innego. Tu stawiam na poręczność i prostotę.

Zestaw obowiązkowy, czyli fotograficzna “kawa i wuzetka”.

Moim podstawowym zestawem w Portugalii był pełnoklatkowy Canon 6d i jeden obiektyw stałoogniskowy 50 mm f1.8. Dlaczego ten obiektyw? Bo jest niewielki, lekki, poręczny, uniwersalny, jasny i niedrogi. Czasem nie trafia z ostrością AF. No cóż, to stara i prosta konstrukcja “na śrubkę”, ale jak trafi, to jest ostry jak brzytwa. Z ręką na sercu polecam obiektywy stałoogniskowe. Serio. Spróbujcie. Spróbujcie nie myśleć o kręceniu zoomem, kombinowaniu, kręceniu kadrem. Kadr w stałkach jest określony, a my mamy wolniejszą głowę i możemy myśleć o temacie zdjęcia a nie o technikaliach. Jest prościej, milej i piękniej. Na czas urlopu zdjąłem też grip. Nie brałem też lampy oczywiście. O statywach, blendach i innych bajerach nie wspomnę nawet. Nie zabrałem również ładowarki, bo policzyłem, że jeden akumulator wystarczy. I wystarczył(!). Wszystko kompaktowe, mieściło się w niewielkiej torbie, zwykłej nie jakiejś mega-foto-kosmicznej.

Tym sposobem aparat był zawsze pod ręką, a jednocześnie nie zajmował uwagi. Kiedy chciałem mogłem w każdym momencie zrobić zdjęcie, a jednocześnie nie miałem poczucia targania wszędzie aparatu. Aparat był ale nie dominował. Absolutnie nie dziwię się wszystkim, którzy przez gabaryt swojego aparatu z ogromnym zoomem lub dwoma, zapakowanym w sporych rozmiarów extra-foto-torbę zastanawiają się, czy w ogóle zabrać go ze sobą na wakacje. A nawet jak się zdecydują to rzadko zabierają go z pokoju hotelowego. Bo za ciężki, bo za duży, bo nieporęczny, bo skomplikowany, bo ukradną. Też bym się zastanawiał. Zdjęcia z wakacji muszą być frajdą, a nie udręką i przykrym obowiązkiem, no bo “skoro już zabrałeś to wielkie ustrojstwo to rób te zdjęcia”.

To my decydujemy, nie aparat.

Aparat musi być poręczny i prosty. To sprzyja też temu, żeby faktycznie zdjęcia z wakacji robić wtedy kiedy będziemy mieli na to ochotę, kiedy będziemy chcieli uwiecznić coś dla nas istotnego w danym momencie. Poręczny aparat swoim ciężarem nie będzie stale przypominał: “ej jestem tu, obcykaj te wszystkie kamienie, po to mnie targasz przecież”. Ergonomia aparatu to szansa aby zapanować nad kompulsywnym fotografowaniem wszystkiego. Łatwiej skupić się wtedy nad rzeczami ważnymi. Łatwiej robić ważne zdjęcia.

Więcej na temat fotografii ślubnej, sesjach rodzinnych i porad jak robić lepsze zdjęcia znajdziesz na moim blogu. Zapraszam.