fbpx

Niemal wszyscy, jak tu teraz siedzimy i patrzymy w ekrany jesteśmy targani jakimiś pasjami, fascynacjami albo zwyczajnie interesujemy się czymś. Przeznaczamy na to resztki wolnego czasu, wciskając pomiędzy życie rodzinne, prywatne i… pracę. Zajmujemy się tym od czasu do czasu. Marzymy jadąc do pracy, że kiedyś tam, być może, kto wie, będziemy mogli trochę bardziej cieszyć się tym co robimy. Będziemy mogli się rozwijać w dziedzinie która nas interesuje, może nawet stworzyć biznes? Być może się mylę, może nie wszyscy mają coś co ich gniecie. Ja miałem. Mnie gniótł Fotograf.

Często dostaję pytania, jak zaczynałem, dlaczego fotografuję, skąd to się wzięło. Mówię wtedy tak jak było, bez skrępowania, nie jest to żadną tajemnicą. Nie wstydzę się swoich porażek i nie chełpię zbytnio sukcesami. Przy okazji ujawniają się dwie z moich cech, otwartość i gadatliwość. Nie chcę się mądrzyć, radzić jak zmienić pasję w biznes. Wiem tylko że to możliwe. Jeśli mimo to nadal Cię interesuje jak zaczynałem, to było to tak…

“Mama mówiła, że urodziłem się fotografem, z aparatem na szyi”. Ta, jasne!

Powinienem pewnie zacząć na miękko, opowiadając, że w domu zawsze był aparat, jako niemowlak wsłuchiwałem się w kojący dźwięk migawki, a moim pierwszym wypowiedzianym słowem było ‘fotograf’… no sorry! Takiego lania wody tu nie znajdziecie. Urodziłem się w latach ’80, moje świadome dzieciństwo to już lata ’90. No pewnie, że w domu był aparat, w tamtych czasach w każdym domu był(!). Każdy fotografował. Aparaty były wtedy tak modne i popularne jak, no nie wiem, kubki termiczne dziś. Ulice były pełne punktów fotografcznych, a w spożywczakach można było kupić bułki i klisze fotograficzne. Zdjęcia robił każdy i wszędzie. Ale wybaczcie, jako dziecko bardziej interesowały mnie podjeżdżające pod dom śmieciarki niż leżąca w szafce stara Exakta ojca. Marzyłem by zostać śmieciarzem, nie fotografem… tak było.

Fascynacje śmieciarkami minęły i zaczęła się fotografia?

No nie zupełnie. Nie żebym nadal pałał jakimś niezdrowym sentymentem do śmieciarek, ale fotografią na dobre zainteresowałem się dopiero na studiach. Szukałem czegoś co mógłbym robić w wolnym czasie. Wtedy nie miałem jeszcze nawet aparatu. Ale okazało się że teść ma, w sensie, aktualny teść, wtedy był kandydatem na teścia. Była to lustrzanka małoobrazkowa, niemiecka Praktika. Było z nią coś nie tak, nie działała, już teraz nie pamiętam o co dokładnie chodziło. Pożyczyłem więc od teścia zepsuty aparat, zaniosłem do serwisu, łazienkę w mieszkaniu studenckim zmieniłem w fotograficzną ciemnię i zapisałem się do jednego z poznańskich klubów fotograficznych. Takie czasy.

Ale spokojnie, nie jestem aż tak stary. Już wtedy fotografowanie na kliszach było niezłym oldschoolem, a zdobywanie materiałów tj. papiery, filmy, chemię nie było już tak łatwe. Praktiką fotografowałem chyba 2 lata, bardzo ja polubiłem. Miała wbudowany TTL i obiektyw 50mm f 1.8. Później dokupiłem do niej 135 mm i 200 mm, których właściwie nie używałem. O, jakie to typowe dla amatora fotografii.

Rzucam analoga, wchodzi epoka cyfryzacji.

Po drugim roku studiów w Poznaniu wyjechałem na 4 miesiące do Stanów. Zabrałem ze sobą oczywiście Praktikę, ciężkie obiektywy i całe pudełko klisz. Wracając ze Stanów wiozłem już swoją pierwszą cyfrową lustrzankę. O, klękajcie narody! Był to Canon 10d. Dlaczego akurat Canon? Przez przypadek i przy tej okazji oczywiście zrobiłem kolejny fundamentalny błąd każdego foto-amatora. Całą kasę wydałem na świetną puszkę, ale oczywiście zabrakło już na przyzwoity obiektyw. Haha, kto tak nigdy nie zrobił niech pierwszy rzuci kamieniem(!). Za to co mi zostało kupiłem więc nędznej jakości kitową sigmę i cieszyłem się jak dziecko. Chwilę zajęło mi, zrozumienie błędu jaki zrobiłem ale jak już do mnie dotarło, to wymieniłem kit-plastik na moja pierwszą „L-kę”. Był to obiektyw 17-40mm f4, serii L(!). Dlaczego ten? Była to jedyna eLka, na która było mnie wtedy stać. OMG, jaki to był szok!

Od tego momentu eksplodowałem. Fotografowałem wszystko, z każdej podróży przywoziłem foto-relacje. To wtedy pojawiło się u mnie zamiłowanie to reportażu, żywego dokumentu, wyjątkowych portretów i ciekawych historii. Komputer zapełniał się zdjęciami, pierwszy raz dotknąłem obróbki. Do końca studiów fotografowanie było dla mnie bardzo ważne. To był świetny czas.

Zdjęcia na bok, czyli skończyło się rumakowanie.

Nie miało to wszystko jednak nic wspólnego z fotografią komercyjną. Ba, nawet nie myślałem o tym pod kątem zawodowym. Fotografia sobie, a ja sobie. Skończyłem studia, fizykę w Poznaniu. Potem drugie, ekonomię w Warszawie. Pierwsza praca, klasyczny korpo-świat, szklane domy i dress code-y. Uznałem to za naturalną kolej rzeczy, którą wtedy nawet lubiłem. Zdjęcia były, ale gdzieś poza tym wszystkim, obok, na marginesie, głównie w czasie podróży i rodzinnych okazji.

Przełom. Albo jak to woli, moment decydujący.

Przełom nastąpił w roku 2013. Był to rok, który zmienił wszystko. Moje zmęczenie pracą na etacie sięgnęło zenitu. Podskórnie czułem, że muszę coś zmienić. Na świecie pojawił się Leoś, nasz pierwszy syn. To właśnie fotografując jak oszalały każde jego niemowlęce skinienie zerwałem migawkę. Wyrok, naprawa starego aparatu przewyższała jego wartość. To był ten strzał. Następnego dnia kupiłem nowego pełnoklatkowego, Canona 6d. Kilka miesięcy wcześniej byłem w Bangkoku, oglądałem wtedy jego debiut. Kosztował wagon kasy więc postanowiłem w duchu, że odrobię to robiąc zdjęcia -taki był mój pierwszy fotograficzny biznes plan.

Pierwsze zlecenia, cieszą najbardziej.

Nawiązałem współpracę z agencjami fotografującymi wydarzenia sportowe. Okazało się, że nie jest to takie trudne. Wystarczyło się do nich zgłosić, a po jakimś czasie dostałem zaproszenie na „próbne zlecenie”. Próbne zlecenie polegało na tym, że kazano mi stać w jakimś konkretnym miejscu na trasie np. maratonu w Poznaniu i fotografowanie uczestników biegu. Zdjęcia miały być ostre, prawidłowo skadrowane, a grupki osób nieduże -cała filozofia. Po „próbie” szybko dostałem propozycje kolejnych imprez, Warszawa, Kraków, Wrocław, Gdańsk, Szczecin ale najczęściej jednak Poznań i okolice. Mimo, że fotografia sportowa nigdy mnie nie kręciła, to pierwszy raz ktoś chciał płacić mi na zdjęcia(!).

Pracowałem dalej na etacie, a w międzyczasie brałem każde możliwie zlecenie, nawet najmniejsze, byle tylko fotografować. Chodziłem też na różne imprezy i na własną rękę robiłem zdjęcia. Pisałem następnie do organizatora: „hej zrobiłem u Was zdjęcia, jeśli je chcecie to proszę bardzo, załączam”. W ten sposób moje zdjęcia pojawiały się tu i ówdzie. Każda taka publikacja cieszyła, i to bardzo.

Fotografia ślubna, pierwsze starcie.

Pewnego dnia przyjaciel poprosił mnie o zdjęcia na ślubie. Miał wynajętego zawodowego fotografa ale poprosił o wsparcie, backup jakby coś poszło nie tak. Zgodziłem się oczywiście. Szukałem wtedy usilnie swojego kierunku. Jedno co wiedziałem, że najbardziej ciągnie mnie to reportaży, foto-relacji. Ta propozycja była dla mnie jak zrządzenie losu. Nie zastanawiałem się ani chwili, zostałem 2-nd shooterem na ślubie. Pamiętam, że spędzałem całe godziny na YT szukając filmików i tutoriali o reportażach ślubnych. Wtedy nie było tak wielu informacji jak teraz. Materiały pochodziły głównie ze Stanów i może to dobrze. To wtedy znalazłem fotografów, którzy nawet dziś mnie inspirują tj. Sam Hurd, Ryan Brenizer, Jasmine Star czy Chase Jarvis twórca CreativeLive. Myślę, że to te tutoriale w głównej mierze zdefiniowały moje podejście do tego niezwykle wyjątkowego dla mnie zlecenia. Dla tej uroczystości kupiłem jasną pięćdziesiątkę (50mm f1.8), najtańszą, ale ostrą. Mam ją do dziś. Mając amerykańskie filmiki z YT w głowie i jeden obiektyw zrobiłem cały reportaż. Szaleństwo, ale poczułem się jak ryba w wodzie.

Dopełnieniem wszystkiego był moment, gdy dowiedziałem się że album ślubny moich przyjaciół wypełniły głównie moje zdjęcia, a nie “zawodowca”. Już bardziej wyraźnego sygnału nie mogłem dostać. Pozbyłem się wątpliwości, postanowiłem, że chcę zawalczyć.

Ale od czego zacząć?

Nie zgrywałem się na starego wyjadacza. Stronę www postawiłem sobie sam w domenie którą już miałem i wrzuciłem tam zdjęcia, które wydawały mi się poprostu fajne, nawet jeśli były to zdjęcia mojego psa. Nie pakowałem się w drogie reklamy, kupowanie like-ów, botów czy linków sponsorowanych. Wszyscy mówili, „spróbuj znaleźć zlecenia w internecie”, ale ja wiedziałem, że na tamtym etapie, z takim dorobkiem jaki miałem przepadłbym tam z kretesem. Nie czekałem na klienta, aż mnie znajdzie. Mając jeden ślub w portfolio jako 2-nd shooter, garść czarno-białych ulotek, uśmiech i szczere chęci to ja zacząłem szukać swoich par. Ale gdzie indziej. Na ulicy, na kursach przedmałżeńskich, na targach, wśród znajomych. I znalazłem. Zacząłem jesienią, a już w pierwszym sezonie miałem zarezerwowany cały kalendarz, przeszło 30 ślubów! 30! W pierwszym sezonie działalności! Wypaliło.

Fotografia na całego.

Od początku fotografia ślubna była dla mnie najważniejsza. Nie chciałem jednak koncentrować się wyłącznie na jednym. W ekonomi mówi się, że „nie trzyma się wszystkich jajek w jednym koszyku”. To tak zwana dywersyfikacja. Wiedziałem, że jeśli mam fotografować, rozwijać się we właściwym tempie i zaangażować się w to na 100% muszę stworzyć dobrze prosperujący biznes. Rozwijałem więc wszystkie inne obszary, które mnie interesowały. Mam na myśli portret biznesowy i sesje rodzinne, lifestyleowe itp. Korpo-świat ostatecznie mogłem porzucić po kilku miesiącach.

Zostałem freelancerem, żeglarzem, okrętem, płatnikiem zus-u.

Nie wiem, może się moja historia komuś do czegoś przyda. Może dzięki temu nabierze wiary w siebie albo chociaż tupetu. Może ktoś z Was zaryzykuje, postara się trochę bardziej. A może ktoś weźmie tę swoją długo hodowaną pasję i postanowi zrobić z niej jakiś pożytek, poza satysfakcją. Jeśli ja, swoim przykładem przyczynię się do tego, że spróbujesz, że się przekonasz, to będzie mi ogromnie miło, a ja będę trzymał za Ciebie kciuki. Nie wiem czy Ci się uda, tak jak nie wiedziałem czy mi się uda. Ale nie spałbym spokojnie wiedząc, że nie spróbowałem. A jak z Twoim snem?

…you, the people have the power – the power to create machines. The power to create happiness! You, the people, have the power to make this life free and beautiful, to make this life a wonderful adventure.

Final speech from The Great Dictator, Charlie Chaplin

Mam dla Ciebie kilka rad. Wnioski fotografa, który nie miał nim być. Zrobisz z nimi co zechcesz:

  1. Jeśli chcesz coś robić, to zacznij do cholery to robić.

  2. Jeśli już zacząłeś coś robić, to zrób sobie plan działania.

    Plan na tydzień, miesiąc, rok, 3 lata do przodu. Wyznaczaj sobie realne cele i po kolei je odhaczaj. Cele muszą być realne, mierzalne i związane z Twoją działalnością. Dopiero wtedy pomyśl o biznesie albo nie.

  3. Jeśli już zacząłeś i masz plan, i chcesz przekuć to w biznes to zabezpiecz się finansowo.

    Nie rezygnuj z pracy jeśli nie musisz. Odłóż kasę na słabszy okres. Nie ma nic gorszego i bardziej wypalającego niż problemy, by związać koniec z końcem na własnej działalności.

  4. Pilnuj finansów. Nie przeinwestuj!

    Na początku nie potrzebujesz wynajętego biura (wielu fotografów pracuje z domu), księgowej (KPiR można naprawdę prowadzić samemu) i macBooka na raty (zwykły pecet też da radę). Sprzęt musi pracować, a nie leżeć w torbie. Żeby zrobić zlecenie na sesję portretową obiektywem za 7000 zł wystarczy że będziesz miał 100 zł za dzień na jego wypożyczenie. Proste prawda?

  5. Jeśli jesteś perfekcjonistą i wszystko starasz się dopracować do perfekcji to, na Zeusa, odpuść trochę.

    Perfekcjonizm jest super ale może hamować Twój rozwój. Pamiętaj, że jedna rzecz zrobiona nieperfekcyjnie, jest lepsza niż 5 rzeczy rozpoczętych i czekających na swoje perfekcyjne wykończenie.

  6. Nie oglądaj zbyt wielu zdjęć innych fotografów (lub ludzi związanych z Twoja pasją).

    Lepiej gdy znajdziesz sobie kilku ulubionych do śledzenia niż pół branży. Ilość zdjęć jaka publikowana jest każdego dnia jest przytłaczająca i zamiast dać Ci energię do działania może Cię zwyczajnie dołować i zjadać czas. Naprawdę lepiej jest przyjrzeć się dłużej 20 dobrym zdjęciom fotografów, których cenisz niż przelecieć przez 200 przypadkowych zdjęć, przypadkowych ludzi.

  7. Otwórz się na innych, bądź ciekawy i… najważniejsze, pytaj.

    Nie bój się pytać. Na świecie jest pełno ludzi, którzy jeśli mają czas to z życzliwością Ci odpowiedzą, odpiszą, poradzą. Są też tacy, którzy Cię oleją, wiadomo. W tej sytuacji Ty też ich olej, będziecie kwita.

  8. Staraj się.

    We wszystko co robisz wkładaj jak najwięcej siebie i swojej energii. Twoje zaangażowanie jest kluczowe, będzie widoczne w zdjęciach i dostrzegą je Twoi klienci. Jacek Siwko, znakomity fotograf ślubny powiedział chyba kiedyś, że „dobre zdjęcie trzeba sobie wychodzić”. Tak, trzeba.

  9. Polub swoich klientów.

    Bądź dla nich taki jaki chciałbyś aby oni byli dla Ciebie. Nie udawaj kogoś kim nie jesteś. Pamiętaj, że „ciągnie swój do swego”. Jeśli będziesz radosny przyciągniesz do siebie radosnych ludzi. Jeśli będziesz ponury, przyciągniesz ponuraków.

To tyle. Moja historia i wnioski, jakie z niej wyciągnąłem.

Chcesz dowiedzieć się więcej o zdjęciach, które robię? Zapraszam na blog.